We dwoje w Brukseli

S1  AM_BLOGBrzmi to co najmniej dziwnie. Nie ten klimat dla tych radosnych południowych ptaków. No chyba że mówimy o brukselskiej kawiarni „Le perroquet” ze wspaniałymi secesyjnymi wnętrzami…. Lecz chodzi o najprawdziwsze papugi. Kiedy pracowałem jako ogrodnik przy wypasionych (właśnie „wypasionych” a nie ładnych czy ekskluzywnych) willach na Uccle, ktoś z ekipy pokazał mi małe kolorowe ptaki, które z odległości było trudno zidentyfikować (da i nie znam się na tutejszych ptakach). Ale za chwilę głośne okrzyki tych ptaków dały do zrozumienia, że są to papużki. Koledzy wytłumaczyli mi, że to są ptaki, które uciekły z klatek swoim właścicielom i zadomowiły się na dobre w parkach i ogrodach Brukseli, nie patrząc na jej niezbyt południowy klimat.arrecco2

Opowieść o tych ptakach przechodzi nicią przewodnią przez książkę „Papugi z placu d’Arezzo” autorstwa Erica Emmanuela Schmitta. Lubimy książki tego autora. Lubimy je od dawna i od dawna śledzimy jego twórczość. Mamy sporo jego książek, a jedną nawet z osobistą dedykacją, bowiem udaliśmy się na jego wieczór autorski na Uccle. Los płata figle – kilka miesięcy później zamieszkaliśmy w pobliżu tej księgarni, gdzie owe spotkanie się odbyło. Sami czasem zadajemy sobie pytanie czy Schmitt jest francuskim pisarzem, czy belgijskim. Jest urodzonym i wychowanym w kulturze francuskiej, ale mieszka od wielu lat w niewielkiej belgijskiej wiosce. Może ta jego francuska część osobowości pozwala mu otwarcie mówić o pewnych belgijskich mankamentach. Może nie krytykować – ale pokazywać te cechy Belgów, których nie zauważyłby rdzenny mieszkaniec.

Belgia w stereotypowych ocenach wydaje się nijaka – szara, deszczowa, bez soli i pieprzu. Schmitt pokazuje, że jest inaczej. Pełna emocji, akcja jego książki „Papugi z placu d’Arezzo” toczy się na jednym z pięknych placyków w centrum Brukseli. Placyku, który można byłoby uznać za wizytówkę miasta.

Zaskakujące, że ta burżuazyjna, dostojna, ukryta za fasadami wystawnych kamienic Bruksela jest przepełniona seksem. Jest to chyba najbardziej erotyczna ze wszystkich książek Schmitta. Polski wydawca zdecydował się dać na okładkę oszczędną wschmitt oklsdkaPL erotyzmie, prawie kościelną wariację na temat Wenery Milońskiej, natomiast wydanie francuskie, a już tym bardziej francuskie wydanie w miękkiej okładce jest ozdobione okładką ze SCHMITT-fr-okladkasplecionych w uniesieniu nagich kobiecych ciał w stylu Tamary Lempickiej. W książce widzimy wszystkie możliwe rodzaje miłości i fizycznej i uczuciowej – od hetero poprzez gejów, lesbijki, trójkąty etc. No oni nie stanowią głównego tematu – tematem są ludzie i ich emocje. Jednocześnie Schmitt nie oszczędza Brukseli i brukselczyków – czołowym libertynem w tej powieści jest Zachary Bidermann komisarz Unii Europejskiej (!!!!!) odpowiedzialny za konkurencję. To właśnie on, nie panując nad pożerającą go ciągłą potrzebą zaspokajania za każdą cenę, pokazuje całą dwulicowość Brukseli. Generalnie „creme de la creme” belgijskiego społeczeństwa, zamieszkująca okazałe kamienice wokół Placu d’Arezzo (jako symbolu całej „europejskiej stolicy”), okazuje się uzależnionym od zaspokajania swoich tajnych żądz, co często prowadzi do tragedii.

 Pokazanie tej dwulicowości – udawania wizytówki europejskiej stolicy – podszytej pogardą dla wszystkich i wszystkiego – jest jakby drugiem dnem książki Schmitta. Pewne szczegóły brukselskiego życia, zauważone przez autora, są wręcz zaskakujące. Na przykład, że oznaką wysokiego społecznego statusu w tym mieście jest posiadanie wielkiego, ciężkiego samochodu terenowego nawet jak się mieszka w zalanym asfaltem śródmieściu. Właśnie od strony powszechnej tu hipokryzji Schmitt pokazuje Brukselę – wspominając miejsca, adresy i nazwy, gdzie „elity” tego kraju szczelnie odgrodziły się od reszty społeczeństwa. Demonstrując na zewnątrz wysokie moralne standardy, elity kraju skrywają swoje uzależnienia od seksu, pieniędzy, władzy etc… Tylko prości ludzie – tacy jak ogrodnik Hipplolyte czy konsjerżka Marcelle „ze swoim Afganem” z placu D’Arezzo – pokazują swoją wiarę w czyste uczucia, w miłość, w pragnienie bycia z ukochaną osobą. 

Kilka dni temu usłyszałem kilka ciepłych słów na temat tej książki od rosyjskiego dyplomaty, który zaledwie miesiąc temu wprowadził się do apartamentowca, gdzie mieszkaliśmy. Byłem nieco zdziwiony, że on to przeczytał. A z drugiej strony pomyślałem, że jeżeli rosyjscy dyplomaci jako „wprowadzenie do tematu” czytają tą książkę na temat Brukseli, to powinno być w niej coś ważnego dla zrozumienia tego miasta i tego kraju.

Schmitt bez wątpienia jest genialnym obserwatorem, a jego bohaterowie mają swoją krew, kości, język, myśli. Mówią, ubierają się, poruszają się myślą w charakterystyczny dla siebie sposób i pomimo mnogości zarówno wątków, jak i postaci, z łatwością odróżniamy ich od siebie choćby po samych dialogach.

Ta książka jest barwna, jak barwne potrafią być papugi. Jednak z racji usytuowania akcji w tej a nie innej dzielnicy, nie można oprzeć się pokusie widzenia w postaciach, bohaterów wyciętych z kolorowych żurnali czy też seriali TVN, w których wszyscy mają pracę, mieszkanie, samochód i jak to przeczytałam ostatnio u Małgorzaty Halber – grają w tenisa, mają białe zęby i jedzą jarmuż.

Książka godna polecenia, z gatunku tych, po których przeczytaniu pozostaje żal, że to już koniec.

§2650 · 29 lipca 2016 · Recenzje · Tags : , · [Drukuj]

Skomentuj