We dwoje w Brukseli

 

AM_BLOG   S1To jest powiedzenie zrozumiałe tylko dla rdzennych brukselczyków. Matka chrzestna z czekolady – absurd. Ale kilkadziesiąt czy kilkanaście lat temu w Brukseli kursowały tramwaje pomocy technicznej. Były pomalowane na brązowy kolor nieco przypominający kolor czekolady i oczekujący na transport na przystankach mówili, że to są „trams chocolat” – czyli tramwaje z czekolady – ewidentnie nieprawdziwe.

Tak jest i z „naszą” Huguette. Sama na siebie mówi „matka chrzestna z czekolady” – bowiem nie jest z nami w żaden sposób spokrewniona, ale robi dla nas więcej, niż niejedna prawdziwa matka chrzestna dla swoich chrześniaków. Jeszcze przed urodzeniem naszych bliźniaków zrobiła dla nich na drutach sweterki, potem pelerynki, buciki etc. A. dostała od niej po urodzeniu dzieci rozkoszny bukiet kwiatów, w który misternie zostały wkomponowane buciki dla niemowlaków. I cały czas nas obdarowuje małymi prezentami, a to dla dzieci, a to dla nas samych. Rozumiem, gdyby to była starsza Pani (a jest, bowiem Huguette ma siedemdziesiąt jeden lat), która się nudzi i nie ma co robić z pieniędzmi. Huguette wcale nie jest jakoś specjalnie zamożna, lecz znakomicie sobie radzi w życiu. Cały czas coś robi i jest autentycznie zapracowana. W stosunku do panujących czasów, takie określenie jest na wagę złota. 

hugette1

Ciężkie życie nauczyło ją pracy. Jako kilkuletnia dziewczynka zastała oddana przez swoją rodzinę do klasztoru – matka była ciężko chora i nie miała sił ani środków wychowywać dziecka. Ten okres wspomina jak jeden z najlepszych w swoim życiu. Siostry zakonne ją kochały, zapewniały jej wszystko, ale najważniejsze poczucie bezpieczeństwa i miłości. W weekendy wracała do domu i musiała zrobić to, czego chora matka nie mogła zrobić w tygodniu – myła, sprzątała, gotowała, prała etc.

W wieku 18 lat wszystko się skończyło – musiała opuścić klasztor – bez środków do życia i bez żadnego zawodu. Jak sama wspomina – musiała robić wszystko na czym dało się zarobić choć „złamany grosz”. Sprzątała, gotowała tanie dania na masowe imprezy, myła nawet zwłoki w kostnicy. Powoli życie zaczęło się jej układać: wyszła za mąż, urodziła syna, prowadziła mały sklepik, w którym zawsze potrafiła wyczarować coś z niczego… Ale mąż odszedł kiedy syn był jeszcze mały – życie ponownie postawiło ją przed koniecznością przeżycia – z małym dzieckiem bez środków do życia, bez mieszkania. Dzięki swojemu uporowi i dążeniu do celu i tym razem odnalazła swoje miejsce. Od opiekunki szkolnej, poprzez pomoc kuchenną, ostatecznie znalazła zatrudnienie w urzędzie pracy, w którym pracowała przez 40 lat. Ostatnio bardzo się uśmialiśmy kiedy opowiadała jak pomagała przy corocznej imprezie pod hasłem La femme prevoyante socialiste – Przewidująca kobieta socjalistyczna. Samo w sobie to hasło jest już komiczne a kiedy doda się do tego historię Huguette, która na tej imprezie serwowała jakiemuś oficjelowi sporych rozmiarów boudin blanc (typowa w kuchni belgijskiej biała kiełbasa, serwowana na ciepło) a ten zadziwił się rozmiarem tejże. Huguette zupełnie nie zbita z tropu, odpowiedziała mu: bo to jest proszę Pana kiełbasa przewidującej kobiety! 

Te „życiowe uniwersytety” nauczyły Huguette liczenia, planowania i oszczędzania. Potrafi znakomicie liczyć, śledzi chyba wszystkie możliwe promocje, wie gdzie można kupić jakościowy towar najtaniej. Potrafi zarobić na wszystkim. Zarobić ciężką pracą – smaży konfitury i sprzedaje w eleganckich słoikach z własnej roboty etykietami, robi świąteczne ozdoby, które są wręcz rozchwytywane przez ludzi. Na przykład robi fantastyczne świąteczne kartki z haftowanymi obrazkami bowiem Hugette w klasztorze nauczyła się znakomicie haftować. Jej dom ozdabiają prawdziwe obrazy jej własnej roboty igłą i nićmi. I takie małe obrazki wstawia do świątecznych kartek…. etc., etc. Grosik do grosika.. Żyje i czerpie z życia przyjemności. Raz w tygodniu pozwala sobie zjeść obiad w restauracji, regularnie jeździ na wakacje, podróżuje. Niektóre jej życiowe maksymy nam są bardzo bliskie:

- Nie będę jechała na wakacje do hotelu standard którego jest niższy, niż standard mojego mieszkania w Brukseli.

Ma przyjaciółkę w Bułgarii, do której jeździ na wakacje – ale cały czas podczas pobytu pomaga jej w sklepie. Nie może siedzieć bezczynnie.

hugette3W Brukseli zajmuje się swoją wnuczką, ale także angażuje w wiele akcji społecznych w swojej dzielnicy. Owszem jest to dzielnica mieszkań socjalnych, w jednym z których mieszka Huguette. Odwiedziliśmy Marraine chocolat w okresie Świątecznym – przyjechaliśmy złożyć jej życzenia oraz z prezentem w formie polskich pierogów, których ona była ciekawa. Jej mieszkanie było wręcz świąteczną bajką. Przez kilka dni tworzyła bajeczny świat dla wnuczki, dla dzieci znajomych, w tym także dla naszych… Myślimy, że i dla siebie samej, pozbawiona ciepła rodzinnego domu, do dziś go poszukuje i tworzy swój własny świąteczny świat. Nasza „chrzestna z czekolady”.

§2786 · 23 stycznia 2017 · Ludzie · Tags : , · [Drukuj]

Skomentuj