We dwoje w Brukseli

S1   AM_BLOG-150x116Nie tak dawno odwiedziliśmy pobliskie Niemcy – dokładnie Aachen. To właśnie to miasto, które było scenerią słynnego filmu, ponieważ stało się areną jednej z krwawych bitew pomiędzy już upadającą III Rzeszą i siłami aliantów. Czyli byliśmy o „jeden most za daleko” i dla nas ten tytuł filmu stał się dość symbolicznym. Wyprawa niezbyt daleka – zaledwie 125 kilometrów, czyli dokładnie nieco ponad godzinę jazdy samochodem. To w Belgii szczególnie sobie cenimy – planujesz podróż i wiesz prawie z dokładnością do minuty, jak długo ta podróż będzie trwała. No, chyba że jest wypadek na autostradzie i trzeba stać w korku [dziś w drodze powrotnej na taką sytuację trafiliśmy – korek na 15 minut – jak poinformowała nas Miss Waze – jak mówimy na program społecznościowy Waze – wszystkim gorąco plecami]. Strażacy właśnie ładowali na lawetę spalony KARAWAN.

- To dopiero sytuacja – odezwała się A. – rozumiem, że nieboszczyk miał być skremowany, ale żeby razem z karawanem…

Ja byłem w Aachen po raz pierwszy, A. już odwiedzała to miasto wcześniej. Pojechaliśmy tym razem do tego miasta po buty dla naszych piętnastomiesięcznych bliźniaków. Chyba już prawie każdy mieszkaniec Belgii wie, że jak potrzebujesz coś kupić to albo poprzez Amazon (Amerykanie już żartują, że największym problemem Belgii jest utylizacja kartonów po przesyłkach z Amazon.com), albo trzeba jechać do pobliskich Holandii lub Niemiec. W niemieckim sklepie dziecięce buty są ponad 2 razy tańsze, niż w belgijskich sklepach, a jakość jest wyższa… I sklepy pracują nie tylko do 18-tej i są otwarte w niedzielę.

Czyste, dobrze zorganizowane niemieckie miasto, jakich jest wiele w tym sąsiednim kraju. Pierwsze wrażenie – a my już bywaliśmy w Niemczech pewnie setki razy – że w tym kraju gospodarka prężnie się kręci. To widać gołym okiem – sklepy są otwarte, pełno kupujących, na placach są przedświąteczne targi z obleganymi stoiskami, nawet do kawiarni na starówce trzeba odstać w krótkiej, ale jednak kolejce.aachen5

Na ulicach jest bardzo powiedziałbym „kolorowo” pełno czarnoskórych, bardzo dużo Turków (my już nie mylimy ich z Marokańczykami) – różnorodny, gwarny miejski tłum. Ale zgodnie uznaliśmy, że w odróżnieniu od Brukseli – NIE WYCZUWA SIĘ NAPIĘCIA – NIE WIDAĆ UKRYTEJ AGRESJI. Dlaczego tak to jest? Zaledwie przekroczyliśmy granicę – i już wręcz czuje się, że jesteśmy w innym kraju. A. słusznie zauważyła – napięcia i wzajemnej agresji nie ma dlatego, że Niemcy są dużym krajem o bardzo silnej etnicznej świadomości. To nie są Belgowie, którzy , tak naprawdę, nie wiedzą kim są – czy określenie „Belg” ma rację bytu. Są Flamandowie i są Walonowie, a Belg – kto to taki? I taka właśnie społeczność od 50 lat spotyka się z coraz silniejszą presją innej społeczności – muzułmańskiej. Prężnej, agresywnej społeczności, nie bojącej się przemocy, a nawet jej szukającej. „Młody naród”, którego potencjał energetyczny jeszcze nie został wyczerpany i szuka sobie wyjścia. Belgowie są na z góry przegranej pozycji.

Z drugiej strony w porównaniu obecnej sytuacji Niemiec i Belgii ważną rolę odgrywa etyka pracy. Niemcy zawsze byli, i nadal są narodem pracowitym i pracującym. Ten stosunek do pracy w pewien sposób obejmuje także i nowo przybyłych do „Reichu”. Trzeba pracować, sumiennie, starannie – i dostawać za to stosowne wynagrodzenie. Taki stereotyp myślowy przenosi się także na imigrantów. Jak jesteś w Niemczech – to musisz pracować. W Belgii, niestety, tak nie jest. Wśród rdzennych mieszkańców tego kraju wyrysowują się dwie duże grupy: pierwsza, to ci, którym się „udało” posiadacze kilku mieszkań, lub kilkunastu kamienic w Brukseli, właściciele zamków, rodzinnych firm od kilku pokoleń, ci, którzy wzbogacili się na koloniach etc. Oni nie muszą już pracować – mogą żyć z kapitału. Ci, których przodkowie, nie byli tak obrotni – niestety muszą pracować. I pierwsza grupa im bardzo z tego powodu współczuje. Więc spora część tych, którzy muszą aachen6pracować, chce dołączyć do tej pierwszej grupy. Już nie raz wśród naszych belgijskich znajomych spotkaliśmy taki pogląd: ja musisz pracować – to jesteś przegrany. Jak nie musisz pracować, a tylko nadzorujesz pracę innych – to już jesteś panem życia. I taki model idealne pasuje do mentalności muzułmańskiej – „siedzę sobie pod gruszką, popijam herbatkę z miętą, gawędzę ze swoimi przyjaciółmi… a gdzieś tam, w innym miejscu, mój business się kręci, inni pracują na to, żebym stawał się coraz bogatszy.” Idealny układ dla każdego wyznawcy Allacha. Rzesze muzułmanów, które napłynęły do Belgii wiedzą bardzo dobrze – ta Belgia, to jest kraj dobrobytu, gdzie my – prawdziwi wyznawcy właściwego Boga – nie musimy pracować. Można wydoić rozbudowany system belgijskiej pomocy społecznej do takiego stopnia, że nie będziemy musieli kalać sobie rąk pracą. Niemieccy nowi obywateli pracują, belgijscy nowi obywateli szukają sobie miejsca w systemie pomocy społecznej. To jest podstawowa różnica i odpowiedź na pytanie, dlaczego w Niemczech każdy czuje duch prężnej gospodarki, a w Belgii jest odczuwalny tylko duch stagnacji, marazmu i niemoc władzy. A. nie tak dawno miała spotkanie po latach ze swoją serdeczną przyjaciółką z liceum. Marokanka urodzona w Brukseli, wykształcona, wygadana, ze świetnym poczuciem humoru, na kierowniczym stanowisku w dużej korporacji. Ma jak najgorsze zdanie o swoich rodakach, może pomijając pewną część tych, którzy dotarli tu w latach pięćdziesiątych żeby budować metro, drogi, mosty. Potem już napływały głównie „szumowiny”(jak wyraziła się marokańska przyjaciółka A.). Nie znamy dogłębnie sytuacji w Niemczech – pewnie przeciętny Niemiec też ma już dość śniadych poszukiwaczy szczęścia. Lecz wystarczy przekroczyć tylko przysłowiowy „jeden most” i znajdujemy się w kraju, gdzie na ulicach odczuliśmy pewien społeczny układ, który wszystkim odpowiada. Nikomu do głowy nie przychodzi wychylić się z pomysłem utworzenia niemieckiego państwa islamskiego (na wzór planowanego Belgistanu). Uznaliśmy, że pod względem budowania zgody narodowej Niemcy są o wiele „mostów” do przodu przed Belgią. 

Ten post byłaavhen7 napisany kilka miesięcy temu, jeszcze przed tą falą terroryzmu, która teraz runęła na Europę. Wydawało się nam, że Niemcy będą w stanie terroryzmowi przeciwstawić się. Po raz kolejny myliliśmy się. Jak niedawno powiedział Dmitri Medvediev rosyjski premier (nie tak dawno prezydent):

- Terroryści uznają tylko jeden sposób rozmowy – z pozycji siły. Niestety, w Europie na razie takiej siły nie ma. Nie widzimy polityka, który byłby w stanie podjąć niekorzystne dla jego wizerunku decyzję i zacząć walczyć z terroryzmem tak, jak na wojnie. Nie wystarczy mówić o tym, że „to jest wojna” – jak mówił prezydent Francji Hollande po niedawnym ataku na kościół w Normandii. Trzeba jeszcze zacząć w tej wojnie walczyć… i zabijać atakującego wroga.

§2883 · 27 kwietnia 2017 · Podróże · Tags : , · [Drukuj]

Skomentuj