We dwoje w Brukseli

AM_BLOG-150x116   S1Wydawało się nam, że będzie to krótki tekst o różowym winie, ale później ten temat rozrastał się stając się raczej naszym własnym rozważaniem o pewnym rytmie życia. Żyjemy w Belgii już ponad 4 lata i obserwując otaczającą nas rzeczywistość widzimy w niej pewne reguły. Na przykład dla nas było zaskoczeniem, że w niedzielę, nie można hałasować – wiercić dziury w ścianach, czy kosić trawę (a kiedy by to jeszcze robić, jak nie w swoim wolnym czasie?!). Dla prac domowych czy mycia samochodów jest przeznaczona sobota, niedziela jest dla wypoczynku wraz z rodziną. I ten ustalony rytm widzimy w wielu dziedzinach belgijskiego życia.

Pewnego razu podczas spaceru z dziećmi przez La Hulpe zobaczyliśmy na terasie jednej z knajpek sporo osób, które w pogodne słoneczne popołudnie popijały sobie różowe wino. A. zauważyła:

- Przyjemnie popatrzeć i tylko pozazdrościć: siedzą sobie wyluzowani, gadają o niczym i popijają różowe wino. Właśnie RÓŻOWE, a nie czerwone lub, na przykład, piwo. Bo teraz, w lecie jest sezon na picie różowego wina.

Można lubić czy nie lubić różowe wino, lecz w upalne dnie trudno znaleźć lepszy trunek na ugaszenie pragnienia i odświeżenie się. Piwo jest jednak zbyt ciężkie i kaloryczne, jak i znaczna część czerwonych win. A różowe – tylko bardzo dobrze schłodzone, a czasem nawet z kawałkiem lodu – jest idealne. Lód, wprawdzie, topiąc się, rozwadnia wino – więc lepiej po prostu dobrze schłodzić butelkę w lodówce. Niedawno dostaliśmy w prezencie inny patent na schłodzenie trunków – raczej chodziło tu o whiskey – zestaw małych marmurowych sześciościanów – podobnych do tych z gry w kości lub ruletkę – lecz bez kropek, rzecz jasna. Zamrażasz takie małe eleganckie sześciościany w zamrażarce i potem spokojnie można je wrzucać do whiskey, czy nawet do soku pomarańczowego – napój będzie zimny, ale nie rozwodniony.

Więc, wracając do różowego wina – jest to napój raczej sezonowy, a szczególnie lubiany w lecie na południu i Belgii (Walonia) i, rzecz jasna, we Francji. My pierwszym razem wybraliśmy się na południowe wybrzeże Francji (Cote d’Azur) w roku 2012 – w naszym pierwszym roku w Belgii. Pieniędzy nie mieliśmy wcale, tylko służbowy samochód z pewnym limitem paliwa i tyle. Można powiedzieć, że podróż była za darmo – a noclegi zapewniliśmy sobie biorąc namiot, karimaty, śpiwory. Dodajmy do tego jeszcze nasze rowery. Citroen berlingo wyglądał, jak tabor cygański. Wprawdzie była jedna wielka wada – samochód nie miał klimatyzacji. Rozgrzewał się jak piekarnik – A.w pewnym momencie dostała udaru cieplnego…. Ratunkiem było różowe wino – byliśmy pod ogromnym wrażeniem rzędów i rzędów półek z różowym winem w supermarketach. Piliśmy je namiętnie przez całą podróż – nawet cieple – bowiem nie mieliśmy nawet lodówki – do naszych posiłków składających się przeważnie z chorizo, chleba i pomidorów.

Tym razem wizyta na Cote d’Azur „odświeżyła” nasze zamiłowanie do różowych win. W Belgii my raczej pijaliśmy je rzadko. Kupując we Francji na próbę różne rodzaje różowego doszliśmy do wniosku – że nie ma wśród nich takich, które byłyby z rodzaju „nie da się tego pić”. Wybór tych win jest wręcz ogromny. ROSE_POLKI_FR Zdziwieni byliśmy także tym, że te letnie wina mają dość dużą moc – 13- 13,5% alkoholu – to naprawdę sporo, nawet jak na czerwone wino. Wróciliśmy do domu ze sporym zapasem dla siebie i dla znajomych (jak mawiał Miś Puchatek „dobrze jest wiedzieć, że w domu ma się jeszcze czternaście garnuszków miodu”).

My też przyswoiliśmy sobie ten belgijsko-francuski zwyczaj sezonowości dań i alkoholi. Jeżeli latem staramy się mieć niewielki zapas różowego wina w lodówce, lub wina. To jesienią-wiosną-zimą przewagę na naszym stole mają wina czerwone, nie wspominając o whiskey lub wódce na naprawdę mroźne dnie. Przyjść do domu z mroźnej i wilgotnej aury, wydostać z lodówki zmrożoną w zamrażalniku wódkę dobrego gatunku i zakąsić jeden-jedyny kieliszek śledziem z razowym chlebem i odrobiną szczypiorku – mrożony jest dostępny przez cały rok w każdym supermarkecie – to nie jest uzależnienie. To jest uczta! W rosyjskim filmie „Moskwa nie wierzy łzom” (na marginesie – laureacie Oscara – szczerze polecamy) jest taki dialog, gdzie główny bohater opowiada, jak regularnie z przyjaciółmi robią sobie pikniki. I że właśnie tak śledziem z ciemnym razowym chlebem zagryzają alkohol. I to nie jest pijaństwo… „mamy kolegę, któremu nic nie wolno – od lat choruje na wrzody – to on przychodzi po prostu z nami posiedzieć, pocieszyć się naszym smakiem”. Wybór dobrych wódek na wschód od Bugu nadal jest powalający…

W Belgii też jest szeroki wybór różowych win – tylko w porównaniu do Francji  są tu znacznie droższe.

Ta sezonowość, o której wspominaliśmy, bardzo nam się podoba. To jest takie odwołanie do tradycji, ale jednocześnie i szacunek do produktu – który ma wyraźny sezonowy charakter. Jest sezon na małże (generalnie w tych miesiącach w nazwie których jest litera „r” – raczej to są chłodne miesiące – i właśnie jedynie wtedy było dawniej możliwe przechowanie owoców morza), jest sezon na cykorię, na szparagi, jest na kasztany , na dziczyznę. Z tą ostatnią jest tak, że jak tylko sezon się kończy, to już nie dostaniesz w sklepiku, a tym bardziej w supermarketach ani comber zajęcy, ani bażanta, ani kotletów z dzika. Koniec – kropka – sezon zamknięty. Trzeba czekać do następnego roku.

Ponieważ my jesteśmy związani z szeroko pojętym „horeca”, to bardzo często widzimy ogromną rolę tradycji w kuchni frankofonów, ale i inne zależności pomiędzy historią a jedzeniem. Zupa z młodych pędów paproci, czy zupa z obierek od szparagów…Zaskakująca oszczędność w bogatym kraju. Skąd to się bierze? Z czasów średniowiecza, gdy głód był dość częstym gościem w Zachodniej Europie. Polska głodu nie znała, czym śmiało może utrzeć nosa „kulinarnie wysublimowanej” Francji. A co dotyczy sezonowości – to w RP też są starodawne zwyczaje związane z sezonami, co najlepiej odczuwa sie przy okazji Świąt. Czekamy, aż jednym z nich będzie picie różowego wina w letnie upalne dni.

§2942 · 14 października 2016 · Codziennie · Tags : , · [Drukuj]

Skomentuj