We dwoje w Brukseli

 S1AM_BLOG-150x116KukaniaKraina pieczonych gołąbków – w średniowiecznej legendzie bajeczna kraina wiecznej szczęśliwości, obżarstwa i nicnierobienia.

Etymologia nazwy Cocagne jest nieznana, próbowano wyprowadzać ją ze średniowiecznej łaciny i języka prowansalskiego, jak również z francuskiego cuisine (kuchnia) lub włoskiego cuccagna (obfitość)[1]. Przeniknęła ona do wielu języków europejskich: ang. Cokaygne lub Cockaignewł. Cuccagna czy hiszp. Cucaña. W języku niemieckim jej odpowiednikiem jest Schlaraffenland (również nieznanego pochodzenia), po polsku także Krzczelów i Kraj Jęczmienny[1] lub spolszczona wersja nazwy niemieckiej – Szlarafia. Opis Kukanii stanowi projekcję lęków średniowiecznego człowieka przed wszechobecnym głodem i śmiercią oraz tęsknoty za wypoczynkiem. Swoboda seksualna panująca w krainie jest wyrazem buntu przeciw średniowiecznej moralności, regulowanej przez nakazy i zakazy wypływające z nauki Kościoła.

Przytaczam tę definicję Kukanii z Wikipedii, ponieważ już nie raz usłyszałam z ust Belgów porównanie ich kraju do Kukanii właśnie – La Belgique est un Pays de Cocagne. 330px-Pieter_Bruegel_d._Ä._037

Czy jest nim naprawdę? W moim przekonaniu tak. W porównaniu z Polską? Tak. Powtarzam w moim, naszym z S. przekonaniu.
Ideał nie istnieje, zarówno w odniesieniu do ludzi, rzeczy jak i krajów. Istnieje to co jest. A jaka jest Belgia?
Nie pierwszy raz czytam na Polakach w Brukseli, że ktoś przyjechał do Belgii i nie bardzo sie orientuje co tu jest ciekawego do obejrzenia, gdzie pójść, co robić.
Ten wpis został zainspirowany takim właśnie pytaniem, na które autor otrzymał odpowiedź: Nic.szczegolnego.same.brudasy syf.kila i.mogila.

Może nie tak dosadnie, ale podobnie myślalam o Brukseli, gdy przyjechałam tu w 1989 roku, jako nastolatka. Mieszkaliśmy wtedy w dzielnicy Schaerbeek, w ciasnym mieszkaniu na poddaszu typowej brukselskiej kamienicy, przy ulicy przez którą przejeżdżał tramwaj, za to pozbawionej choćby jednego drzewa. Tęskniłam wtedy potwornie za moją zieloną Polską, w której ludzie byli tacy zabawni, bezpośredni i którzy odwiedzali się bez wstępnych ceregieli, bawili, pili, kłócili, godzili. Przez 9 lat powtarzałam rodzicom, że chcę tam wrócić, nienawidząc z całego serca to miasto, Arabów, którzy zaczepiali mnie na ulicach, hałasu, brudu i wszystkiego co z nim związane. 

Kiedy przyjechaliśmy tutaj z mężem 5 lat temu, odkryłam zupełnie nowe miasto. Nie, na mojej dawnej ulicy nie przybyło drzew, przybyło za to Arabów, którzy nadal zaczepiają młode dziewczyny. Natomiast mój mąż odkrył przede mną zupełnie inne, nowe, atrakcyjne, żywe miasto, zupełnie nowy, atrakcyjny, ciekawy, bogaty kraj. Małe państewko, które posiada wszystko co potrzebne do szczęśliwego życia, z mieszkańcami, którzy dzielą się nim, nawet czasem zanadto hojnie, z przybyszami z innych krajów. Mieszkańcami, którzy pozwalają im importować tutaj swoją kulturę, otwierać swoje sklepy, swoje restauracje, do których zresztą sami z ciekawością zaglądają. Pozwalają im modlić się, bawić, rozwijać w ich własnych językach. Pozwalają im nawet chorować w ich własnych językach, bo w szpitalach pacjenci często mają do dyspozycji tłumaczy, którzy sprawiają że pacjenci czują się bezpieczniej w niekomfortowych warunkach choroby. Gminy, które organizują powitalne przyjęcia dla nowych mieszkańców, podczas których burmistrz częstuje piwem i szaszłykiem z grilla. Opiekę socjalną, która wesprze nie tylko dobrym urzędniczym słowem, ale po prostu żywą gotówką. Kościół, który trzyma sie z dala od łóżek i macic, trzyma sie z dala od rządu. Po prostu jest. 

Odkryłam kraj, w którym mogę odjechać 15km od domu, by pójść do arboretum w Tervuren, lub pochodzić po parku w La Hulpe, albo jeszcze wspiąć się na kopiec w Waterloo. Mogę też odwiedzić browar w Grimbergen, ogród botaniczny w Meise, bądź zamek w Grand Bigard. 30km od domu piję kawę na rynku w Leuven, albo piwo Carolus na rynku w Mechelen, słuchając melodyjnych dzwonów z pobliskiej katedry. 60km od domu mam Gandawę z jej uroczymi kanałami, fortecę w Namur, albo jezioro w Mol, z białym piaskiem i prawie polskimi sosnami. 100km od domu mam już morze nad które dojeżdżam z przystankiem w Brugii gdzie delektuję się ciastkiem Merveilleux de Fred (dostępnym również w Brukseli). Piję piwo trapistów w Rochefort, zagryzając lokalnym serem, albo spływam kajakiem po rzece Lesse, zaraz po odwiedzeniu grot Han. Albo jadę dalej i oddalam się o 200km od domu. Palę skręta w Amsterdamie, przesiaduję w kawiarni The Doors, albo idę pooglądać obrazy Van Gogha. Albo nie – wsiadam w samochód i odjeżdżam 300 km od domu, by powłóczyć się po paryskiej dzielnicy łacińskiej. Jeszcze nie to? Wsiadam w TGV na Gare du Midi i za godzinę jestem w Londynie. Wypijam herbatę i wracam do Brukseli. Pieszo dochodzę do Parvis de Saint Gilles, zamawiam zieloną herbatę z miętą w Cafe du Peuple i croque monsieur, sprawdzam jaki w weekend jest bruggeAtu koncert i wyruszam dalej. Mijam Grand Place (ładny, ale nadal wolę rynek w Brugii – moim belgijskim Krakowie), i siadam na Place Saint-Gery. Pragnę festiwali? Proszę bardzo: Werchter? Couleur Cafe? Czy może Brussels Jazz Festival? A może trochę lansu: jadę popatrzeć na ładnych ludzi do La Terrasse na Watermael Boitsfort, albo w czwartek na Aperitivo Milano do Patinoire w Bois de la Cambre…
Rower? Cała Flandria należy do mnie z aplikacją fietsnet.be

Tak Belgia jest dla mnie Krainą Pieczonych Gołąbków. Z jej administracyjnymi koszmarami, absurdem którego jest pewnie matką. Z atakami terrorystycznymi, brudną dzielnicą Molenbeek i Arabami zaczepiającymi ludźmi na ulicach. Z wiecznymi korkami i kierowcami nie używającymi kierunkowskazów. 

Wracam do Lublina. Odjeżdżam od domu 20, 30, 40, 50, 100, 300 kilometrów.
I wracam do Brukseli. 

 

 

 

§3071 · 6 lipca 2017 · Codziennie · Tags : · [Drukuj]

Skomentuj